27.02.2013

Rozdział 4

ROZDZIAŁ 4/Niebezpieczna Wyprawa

Była sobota. Wiatr wywiał już wszystkie pajęczyny. Nikt o zdrowych zmysłach nie wyszedłby z domu.
Tonks właśnie wstała.Ubrała seledynowy płaszcz.Poszła odwiedzić Syriusza. Na jej szczęście był sam.
W kuchni było brudniej niż zwykle. Talerze były nie pozmywane, podłoga była czarna od brudu.
-Dora, Molly prosiła byś do niej przyszła.-rozległ się głos Syriusza.
-No dobra. To idę.
Postanowiła iść na nogach.Po drodze mijała dwie kobiety. Jedna była ubrana w zieloną suknie która ciągnęła się do pobliskiego sklepu. Druga natomiast ubrana była w fioletowe jeansy i zielony płaszcz.
Wkońcu znużona długą wędrówką Tonks, postanowiła się teleportować.
Gdy przekroczyła próg Nory, ochoczo powitała ją Pani Weasley.
-Pani Weasley...możemy porozmawiać?-spytała pewnym głosem.
-Oczywiście kochaniutka.Po to tu jesteśmy.-powiedziała Molly.
-Tylko, niech pani nikomu nie mówi.-poprosiła Nimfadora.
Tonks opowiedziała jej o wszystkich problemach, kłopotach, pracy, miłości,szczęściu i smutku. Molly rozumiała ją doskonale. Gdy już zakończyły rozmowę, Nimfadora wyruszyła na spotkanie członków zakonu Feniksa.Było tu dziś bardzo dużo osób. Dora zastanawiała się, czy jest ich więcej.
Słuchajcie-głos zabrał Moody, nadal wściekły na Tonks-musimy dziś o północy, wyruszyć do Hogsmede. Tam po prostu roi się od śmierciożerców.
-Tak-teraz rozbrzmiał głos Kingsleya-więc jedziemy wszyscy?
-Nie ma mowy-rzekł Syriusz-Tonks nie jedzie.Andromeda w życiu się nie zgodzi, ja zresztą też.
-Syriusz! Mama nie musi wiedzieć-powiedziała Dora- a ty nie jesteś moim ojcem!
-Ale jestem za ciebie odpowiedzialny!-tłumaczył
-Ja jestem dorosła.-powiedziała wiedząc ze nic nie zyska.
-Dora nie jedziesz!-zakończył dyskusję.
Dora dla świętego spokoju powiedziała ze nie pojedzie.
O północy jednak  Nimfadora pojawiła się na miejscu zbiórki.Miejsce to było jakimś ponurym tunelem.
Po kilku minutach byli już wszyscy. Obiecali że nie powiedzą Syriuszowi. Remus powiedział ze powie mu.
-Zgłupiałaś?To niebezpieczne-wyszeptał.
-Proszę nie mów mu.-próbowała go przekonać ale na marne.
Po chwili nadszedł moment teleportacji.
Tonks postanowiła milczeć.
Minutę później pojawili się śmierciożercy.
Malfoy, Greyback i ... Dean(przyjaciel Tonks)
Wściekła się nie na żarty. Rozpętała się walka.Z każdej różdżki wystrzeliły płomienie.Dora włączyła się do walki. Razem z Shackelbolt'em próbowała zwalczyć Fenrir'a.
Martwiła się o Remusa. Ale jakby mniej. Myślała o Deanie, który ją okłamał.
Bała się też reakcji Syriusza, gdy dowie się że nie posłuchała go.
Na ziemie przywołał ją Kingsley.
-Dora!-krzyknął-Skup się!
-A co niby robię?!
-Też chciałbym wiedzieć-krzyczał na nią Lupin.
-Expeliarmus!-krzyknęła.-Drętwota.
-Kingsley, odeślij go do Azkabanu.-powiedział- a ty wracaj do domu.
-Ani mi się sni!
Dołączyła się do Hestii która walczyła z Lucjuszem Malfoy'em.
Nagle nastała ciemność.
-To proszek ciemności!-powiedział członek zakonu.
-Słysze kroki. Uciekają!-powiedział ktoś inny.
Wtem zapaliły się latarnie.W oknach tliły się już światełka, chociaż był jeszcze miesiąc do świąt.
-A gdzie ta różowo-włosa?-szeptali pomiędzy sobą ludzie, którzy choć należeli do zakonu,nie pamiętał ich nawet Remus.
-Właśnie. Na brodę Merlina!-powiedział- Gdzie Tonks?
Szepty z tyłu ucichły. Z niektórych okien, patrzyli ludzie. Momentalnie we wszystkich sklepach zatliło się światło.
-Nie ma jej-powiedziała Hestia.-Znikła.
__________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
Dla wszystkich którzy narzekali że:
-jest za mało opisu,
-za szybko akcja się rozwija,
-Tonks to maruda, cały czas ryczy itp.
Oraz dla PRZYJACIÓŁEK:
-Ani B.
-Ewelinie S
-Wiktorii C
-Kasi, O.
i wszystkim innym przyjaciółką które mnie wspierały;d
Następny rozdział pojawi się później, ze względu na szkołę, zdrowie, przyjaciół.
Ale postaram się wrócić niedługo. No to Do przeczytania;D

Rozdział III


Nimfadora Tonks nadal unikała znajomych. Jedyny pewny kontakt miała z nią matka. Jej uniki nie zawsze się udawały, ale Merlin świadkiem, próbowała. Gdy została zaproszona przez Syriusza, na święta nie wiedziałam czy ma się cieszyć, czy płakać.
  Wiedziała że będzie tam Remus, ale mimo to zgodziła się ze względu na Blacka. Było jej go szkoda. Podczas gdy ona chodziła na koncerty, do znajomych, on siedział zamknięty w znienawidzonym domu.
Drug powodem byłwyjazd rodziców. Nie chciała zostać sama na święta i nowy rok. 
Na szczęście do świąt pozostał jeszcze miesiąc, wszystko mogło się zmienić. Miała nadzieje, że się zmieni. Po raz pierwszy oczekiwanie świąt nie sprawiało jej radości. 
 Nikt nie wiedział, że Dora od pewnego czasu prowadziła pamiętnik. Była to jedna z rzeczy, których się wstydziła. Na szczęście jej fantastyczny charakter sprawiał, że pamiętnik miał duszę. Były tam wszystkie jej sekrety, ale nie tylko. Były także zdjęcia i fragmenty piosenek jej ulubionego zespołu ,,Fatalne Jędze''.
Fatalne jędze składały się z pięciu wokalistek. Występowały na największych imprezach roku. Gdy ktoś je poprosił o koncert starały się go zorganizować. Kochały swoich fanów, ale niejednokrotnie brały udział w zdarzeniach, które zdecydowanie nie stawiały ich w dobrym świetle.
Przeglądając dziennik, myślała. Zastanawiała się, nad tym, co robi. Przecież kiedyś musiała porozmawiać z Remusem. Był jej przyjacielem, i zdecydowanie potrzebował towarzystwa, pocieszenia, wszystkiego, a ona tak po prostu go opuściła. A co jeśli pomyślał, że Tonks się go boi? Do tego nie mogła dopuścić! Musiała z nim porozmawiać... ale jeszcze nie teraz. Kiedyś. Na pewno. Musi. Obiecała sobie, że w końcu to zrobi.  
W tym czasie Syriuszowi przychodziły do głowy różne myśli. Zauważył jak samotny jest Lupin. Black o nikogo się nie martwił, ale to była wyjątkowa sytuacja. 
-Zaraz, zaraz... Dora też jest samotna-pomyślał.
Planował, jak połączyć Dorę i Remusa.Tak, miał plan. Tak, powoli zacznie wprowadzać go w życie. 
Na te święta nie tylko Dora dostała zaproszenie. Tak jej powiedział. Liczył, że w ten sposób zagra na jej uczuciach. No bo co innego mogło namówić ją na święta, jak nie to, że jej kochany wujek będzie samotny w święta? 
  Zaprosił mnóstwo osób i większość z radością się zgodziła. Remus, Harry, Weasleyowie, Hermiona... a może nawet inni członkowie przybędą, aby razem z nim cieszyć się magią świąt.                                                                           ***
Dora miała wielkie plany na dziś. Zamierzała wybrać się na koncert z Kingsleyem. Celem przyjaciela było zdobycie kilku informacji na jej temat. Wiedział, że będzie trudno.
Koncert odbywał się na świeżym powietrzu w parku. Muzyka grała głośno, więc trudno było rozmawiać.Jednak on znalazł pewną możliwość. Zaraz po występie zapytał:
-Dora, co ty ostatnio chodzisz smutna, zestresowana?
-Ja? Dlaczego tak sądzisz?-zdenerwowała się.- Czy ja nigdy nie mogę mieć po prostu złego dnia?-gdy nie odpowiedział spytała-Idziemy na kremowe?
-No dobra... A powiesz mi o co chodzi?-nie dawał za wygraną.-To po prostu drażni. Maryse się skarży, że ciągle się czepiasz. I nie tylko ona. Inni też mówią, że ich ignorujesz, co z tobą?!
-O nic nie chodzi. Skończ proszę, po prostu czasem nie wystarcza mi na to wszystko sił- uśmiechnęła się.
On wiedział, że był to wymuszony uśmiech. Spróbował zapytać jeszcze raz, a ona na granicy wytrzymałości po prostu się deportowała do swojego malutkiego mieszkanka. 
Kupiła je wczoraj i już zdążyła je pokochać całym sercem. 
Miało dwa pokoje, kuchnię i łazienkę. 
Jej pokój był pomarańczowy, jak na prawdziwą Puchonkę przystało. 
Drugi pokój był gościnny w odcieniach niebieskiego. Miała tam swoje książki.
Kuchnia była zdecydowanie największa. Beżowa, z wielkim stołem na środku.
Biała łazienka była najsłabszym aspektem jej mieszkania. Przypominała szpital. 
Postanowiła odwiedzić Syriusza.
Zaczęła krzyczeć, ale nie potrafiła dojść do sedna sprawy. Sama nie wiedziała co spowodowało wybuch jej złości. Nachalność Kingsleya? To, że miał rację? 
Mimo wszystko nie była gotowa na rozmowę.
-Ja nie chciałam, naprawdę nie chciałam. To był wypadek, nie chciałam wam sprawić przykrości-tłumaczyła nieskładnie.
-Dobra, Dora. O co chodzi, nic nie rozumiem. Nie robisz nam przykrości. Ja cię rozumiem. I choćby nawet wszyscy mieli dość, ja zostanę. Drugi raz cię nie stracę-próbował ją pocieszyć przez następne parę godzin.
Zasnęła. Następnego dnia poszła do pracy z mocnym postanowieniem zmiany zachowania. Wchodząc do biura zobaczyła kartkę:

Przepraszam Tonks, nie chciałem być nachalny. Wybacz. 
                           Twój przyjaciel, Kingsley.


Nie mogła mu nie wybaczyć. Kochała go jak brata. Często przy niej był, gdy inni zwątpili. Ufała mu, a tego zniszczyć nie mogła.
Dostała także list od rodziców. Okazało się, że planują ją odwiedzić w nowym mieszkaniu.Ucieszyła się, bo od tygodnia nie widziała taty.
Nie było to specjalnie, ale po prostu ciągle się mijali. Coraz mniej było między nimi rozmów, a przecież w tych czasach, w czasach, w których lada dzień może być wojna powinna rozmawiać z nim stokrotnie częściej.
Gdy przybyli, wpadła na całkiem dobry pomysł. Przez lusterko skontaktowała się z Syriuszem.Spytała go, czy chce się zobaczyć z Ted'em i Andromedą. 
Andy tak dawno nie widziała kuzyna. Każdego dnia tęskniła, ale Moody niechętnie chciał zorganizować ich spotkanie ze względu na bezpieczeństwo.Gdy się zgodził, we trójkę deportowali się do Grimmuauld Place 12
-Cześć!-zawołał uradowany Syriusz, przytulając serdecznie kuzynkę.
-Witaj Syriuszu!-odpowiedziała szczęśliwa-Gdzie Stworek?
  Stworek... mały, wredny skrzat, którego głównym zajęciem było obrażanie ludzi, zamiast sprzątanie. Był niemal tak uroczy jak obraz matki Syriusza
-W kuchni.
Chodźmy więc. Muszę zobaczyć tego małego upiora.
-Głupie, wredne szlamy. Plugawe zdrajczynie, ach... gdyby moja pani to widziała-mówił jak zwykle do siebie.
-Choć Nimfadoro. Nie słuchaj tych oszczerstw.Wredny skrzacik...
Ted Tonks tymczasem rozmawiał z Syriuszem jak za dawnych lat, gdy Dora była dzieckiem. 
On jeden akceptował wybór kuzynki. Zawsze pocieszał Andy, gdy ta płakała z powodu siostry Narcyzy, o której miłość tak zabiegała.
-Syriuszu, błagam zrób coś z tym skrzatem. Na miłość Boską, jak on się zachowuje?!-mówiła Andromeda.-I nie mów mi, że w takiej atmosferze chcesz urządzić święta... chaos, bród i anarchia.
-No wiesz... tyle lat słuchał rozkazów portretu naszej głupiej, wrednej... to znaczy troskliwej mamusi.-zaśmiał się pogodnie.-Sama byś była niemiła, kochana.
Po spotkaniu, gdy rodzice wyjechali a Tonks miała wreszcie święty spokój postanowiła udać się spać.
Śniły jej się koszmary o tym okropnym wilkołaku, mordercy Greybacku, i o  Remusie.
W jej śnie Fenrir zabił Remusa i Syriusza, a ją samą zamknął w straszliwej rezydencji Malfoy Monor. Ocknęła się, a po policzkach płynęły jej łzy.
Lupinowi z kolei śniła się śmierć Nimfadory. Niektórym wyda się dziwne, że wilkołak może mieć uczucia, serce, ale prawda była taka, że martwił się o nią i o jej życie. Bał się, że w trakcie pełni po prostu ją zabije.  
  Następnego dnia Nimfadora pobierała naukę wyczarowania patronusa.
Było to najsłynniejsze, ale i najtrudniejsze zaklęcie.Myślała o Syriuszu, Lupinie i o Zakonie. Udało się! Wyczarowała go! Prawie... Przybrał postać rozmytej fretki. Mimo to cieszyła się jak dziecko. 
Od razu pobiegła powiedzieć Hestii i Alastorowi.Następnie napisała list do rodziców.Jej radość podsumowały jej włosy, który przybrały wściekle różowy kolor.
-No to teraz tylko zaklęcia gospodarskie.-stwierdziła ze śmiechem.-Nigdy ich nie opanuje.
Pochwaliła się Syriuszowi, a ten od razu przekazał nowinę Remusowi.Wieczorem razem z Blackiem zorganizowali spotkanie. Właściwie było ich tylko dwóch, ale to nie pozwoliło na nudę.
Black opowiedział Dorze swoje przygody z Huncwotami.A ona opowiedziała o jej zabawnych przygodach z Charliem. Dora czuła się świetnie.
-I dobrze-myślał- Dużo już miała złych dni.
Zapomniał tylko, że to już nie jest jego mała Dora.  
Kolejnego dnia do jej grupy aurorów przyjęto nową osobę,  Deana Ginegausa.
Zaprzyjaźnili się, choć on skrywał pewien sekret. Dora nalegała aby przyjąć go do Zakonu, ale Alastor zdecydowanie odmówił. Na nic poszły argumenty, ze ona mu ufa. 
Moody mu nie ufał, a on nigdy się nie mylił.
-Nimfadora, zrozum on jest obcą osobą!-krzyczał na nią Moody.-Nie przyjmę do Zakonu jakiegoś młokosa niewiadomego pochodzenia, do cholery!
Alastor miał dość. Powiedział wszystko Syriuszowi, Remusowi, Hestii i Charliemu Weasley'owi.
-Ona jest nie do zniesienia-mówił zbulwersowany Alastor.
-Ona jest jeszcze dzieckiem- bronił Syriusz.
-Nie jest dzieckiem, do cholery!-wtrącił Remus.-Ona jest dorosła, Łapo.
-Musimy z nią na spokojnie porozmawiać-zaproponował Charlie
-Pogadam z nią-zgłosił się Syriusz.-Albo z Molly, ona zawsze wie co zrobić i co powiedzieć.
-Tak, co do tego nie mam wątpliwości.Tylko może posprzątaj w kuchni-zaśmiał się Charlie.-Jest wrażliwa w tym temacie.
  Nazajutrz Black skontaktował się z Molly.
Pani Weasley była przerażona gdy tylko weszła do kuchni. Na nic zdały się tłumaczenia Syriusza o nieposłuszności Stworka.
-Wykorzystujesz biednego skrzata! Sam posprzątaj... albo nie! Lepiej ja to zrobię-od razu zabrała się do wycierania skurzonych szafek.-O czym chciałeś porozmawiać?
-O Dorze-zaczął.-Proszę cię, Molly. Porozmawiaj z nią.
-Och Syriuszu, przecież wiesz, że ja zawsze chętnie. Jednak ze względu na awans Artura muszę ci powiedzieć, że czas będę miała dopiero jutro.
  Popołudniu Tonks, postanowiła odwiedzić Syriusza.
Weszła do domu, a on czekał na korytarzu. 
-Błagam, cicho.
-No dobrze, dobrze-powiedziała i przez przypadek zaczepiła o stojak na parasole
Rozległ się krzyk obrazu.
-Wiem, uwielbiasz nam uświadamiać, że przybyłaś, ale my naprawdę wiemy, że pukasz-powiedział Lupin.-To może już pójdę.
-Siedź!-nakazał Syriusz.
Musiał przyznać, to będzie najgorszy element jego cudownego planu. Pierwsza rozmowa.
-To ja wpadnę kiedy indziej-zaproponowała Dora.
Mimo postanowienia brakowało jej odwagi. Szczerze miała nadzieje, że przyjaciele zmuszą ją do pozostania.
-Co się z wami dzieje-zapytał retorycznie Syriusz.-Herbaty starczy dla wszystkich!
Tonks i Lupin patrzyli na siebie i usiedli.Oboje byli mu dozgonnie wdzięczni. Lunatyk, bo w końcu miał szansę rozmowy z przyjaciółką. Ona, bo w tym momencie nie miała wyboru. Musiała porozmawiać.
 Syriusz przygotował dla Remusa herbatę, a dla Dory zioła uspakajające. No cóż, musiał się przygotować, bo przecież nie chciał, aby w trakcie tej cudownej konwersacji któraś ze stron postanowiła dokonać morderstwa.Po długich rozmowach, mnóstwa śmiechu i powspominaniu wróciła do siebie.
Wieczorem rozwodziła się nad swoim zachowaniem.
-Merlinie, jaka ja byłam głupia-złapała się za głowę.-Jutro to wszystko naprawię.
Dziwiła się, dlaczego Blackowi tak zależało na ich zgodzie. Czyżby znów wpadł na jakiś iście huncwocki plan? Miała nadzieje, że nie.

  Remus został na noc w domu na Grimmauld Place. Spał w pokoju Regulusa Blacka, brata Syriusza. Wstyd było mu się przyznać, ale myślał o Dorze. Właściwie nic im na temat swojego zachowania nie powiedziała. Ulgą było, że najwidoczniej zmieniła swoje nastawienie. Była przyjazna i nie sprawiała wrażenia zdenerwowanej. Wręcz przeciwnie. Była spokojna. Być może, jak stwierdził Syriusz, był to efekt jego fantastycznych ziółek uspokajających. Dostając je od Snape'a nie sądził, że kiedykolwiek ich użyje. Podejrzewał, że są zatrute. Zaufał Albusowi. 
_____________________________________________________________________________Jeśli są jakieś błędy to nie wahajcie się ich wymienić w komentarzu.
Rozdział dla Eweliny, która mimo, że ta historia najlepszą nie była i nie jest pozostała wierną fanką :D

24.02.2013

Rozdział II

Dni mijały, a Nimfadora coraz lepiej radziła sobie w pracy. Dzięki radom Blacka i Lupina powoli zaczynała radzić sobie z organizacją czasu. Zaległe raporty nikły w oczach, a nowe starała się uzupełniać na bieżąco. Ucieszyła się też, gdy do jej grupy przydzielono nową aurorkę, która nieco odciążyła ją z nudnej pracy. Dora niemal od razu znalazła nić porozumienia z Maryse, przez co wzajemnie sobie pomagały. Sugerowała Alastorowi, że dobrze byłoby wdrążyć kobietę w szeregi Zakonu, jednak nie ufał on młodej pracownicy.
Prywatne życie Tonks także miało się świetnie, poznała mnóstwo osób, a dzięki łatwości w nawiązywaniu kontaktów, zyskała nowych przyjaciół.  Syriusz i Remus chętnie pomagali jej w pracy, ciesząc się, że mogą spełniać z nią wiele czasu. Jej obecność miała dobry wpływ na Blacka, który dzięki jej towarzystwu nie tęsknił za światem zewnętrznym. Odczuwał on samotność przede wszystkim wtedy, kiedy Remus musiał wyjechać w celu zbadania nowych faktów dotyczących Voldemorta. Cieszył się jednak, że chociaż może porozmawiać z siostrzenicą.
Lupin był wdzięczny dziewczynie, że z jej pomocą Syriusz nie cierpi sam w domu. Chciał spędzać z nim cały swój czas, ale nie było dnia, gdzie nie miał by rąk pełnych pracy. Sporządzanie list osób będących w kręgu Czarnego Pana, czy szukanie nowych sprzymierzeńców Zakonu zabierały mu cały czas. Jedyne wolne chwile zdarzały się podczas pełni, kiedy zmieniał się w potwora. Wtedy to on potrzebował wsparcia. Z biegiem lat wcale nie było mu łatwiej, jedynym ratunkiem był eliksir tojadowy, przyrządzany przez Snape'a, który ani myślał zużywać składników za darmo. Dlatego Lupin musiał pracować dwa razy ciężej. W ciągu dnia dla organizacji, a wieczorami tłumaczył opowiadania dla małych wydawnictw, które dopiero startowały na rynku. Starsze nie chciały mieć wilkołaka w swoich szeregach i nie liczyły się nawet jego umiejętności. Czasem dostawał posadę korepetytora, lecz nie miał wielu uczniów. Ci, których rodzice zdecydowali się na jego pomoc byli leniwi, lecz bardzo inteligentni i z łatwością przyswajali coraz to nowsze zaklęcia. Wystarczyła odpowiednia metoda i podejście.
***
Lupin pisał właśnie o nowym działaniu przy zachodniej granicy, gdy usłyszał przerażający krzyk, który z szybkością światła wyrzucał z siebie coraz to wymyślniejsze przekleństwa.
  Zbiegł szybko na dół, gdzie zobaczył leżącą na zakurzonym dywanie Tonks. To jednak nie ona krzyczała, a magiczny obraz grubej matki Blacka.
Walburga Black była kobietą wredną, niezwykle podobną do swojej bratanicy Belli. Za życia potrafiła mordować z zimną krwią, a po własnej śmierci zatruwała życie mieszkańcom i gościom domu. Sam Syriusz chętnie ściągnąłby tę potworność ze ściany, ale był on przyczepiony za pomocą bardzo dobrze rzuconego zaklęcia.
 Jedynym sposobem na uspokojenie pani Black, było zasunięcie na płótno grubej, welurowej kotary, co bezzwłocznie uczynili.
— Widzę, że poznałaś moją mamusię... rozkosznie urocza kobieta— wypluł z jadem Syriusz.Chodź zrobię coś do jedzenia, bo zapewne jak zwykle nie zjadłaś lunchu...
Zaskakiwało ją, jak szybko przyswajał informacje o jej życiu, zachowaniu, nawykach. Po tygodniu potrafił powiedzieć o niej więcej, niż niejeden jej znajomy, który znał ją znacznie dłużej.
— A ty w tym czasie pomożesz wynieść to coś... gdziekolwiekwskazał na papiery, które ze sobą przyniosła.— Tylko psują wystrój, prawda?
Black nigdy nie przejmował się bałaganem, ale papiery były dla niego oznaką życia, które go omija.
Przypominało mu biura, miasta, ruch, coś z czym od dawna nie miał styczności.

                                                                    ***

Remus chętnie pomógł kobiecie w przenoszeniu i segregacji dokumentów. Rozmawiali przy tym o nowej uzdrowicielce w Świętym Mungu i jej nietypowych metodach leczenia.
— Nie życzę jej źle, ale wydaje mi się, że nie zagrzeje tam długo miejsca. Co to jest za rada, żeby częściej wyjeżdzać w góry, jeżeli właśnie oberwało się źle rzuconym zaklęciem— skomentowała Tonks.
Wchodząc po schodach potknęła się, a Lupin złapał jej ramię, i pomógł utrzymać równowagę.  Podziękowała mu i szybko zebrała rozrzucone papiery wciąż czując jego dotyk na ręce.
Mężczyzna z uśmiechem pomógł jej ogarnąć papiery i zaklęciem zabrał je na biurko.
— Czarownica— skomentował, uśmiechając się złośliwie.
— Nic nie mów.
W ciszy dokończyli organizacje, a potem zeszli do kuchni, gdzie Syriusz przygotował dla nich zapiekankę.
— Co tam się dzieje, w tym wielkim świecie?— zapytał Black.
— Od kilku dni mamy w biurze nową stażystkę, nawet dobrze sobie radzi, choć Moody raczej jej nie ufa.
— A czy ten staruszek ufa komukolwiek?— zaśmiał się.
— Nie mam pojęcia, ale wierzę, że ma ku temu powody. Szczerze mówiąc, Maryse na początku wydawała mi się dziwna, ale teraz, na Merlina, uwielbiam tę dziewczynę. Musicie ją kiedyś poznać.
— Nie chcę ostudzać twojego zapału, ale myślę, że najlepiej będzie, gdy na razie pozostanie nieświadoma. Wiesz, gdyby jednak, jakimś sposobem Alastor miał rację, lepiej nie pakować się w niepotrzebne kłopoty— powiedział Lupin, tym samym wyczerpując temat.


                                                                     ***
Mówiąc, że była wściekła to mało powiedziane. Gdy z samego rana doszła do niej informacja o awansie Maryse była w wielkim szoku i nie mogła w nią uwierzyć. Dziewczyna, która pracowała z nią raptem kilka dni, została wysłana na misje poszukiwania jednego z najważniejszych świadków, podczas gdy ona od ponad roku siedziała tylko w biurze nad papierami. Zamierzała rozmówić się z szefem jak najszybciej, jednak gdy tylko weszła do jego gabinetu, straciła pewność siebie i zamiast krzyczeć, zapytała:
— Dlaczego?
— Jest lepsza, po prostu— odparł, doskonale przeczuwając, że przyjdzie do niego.
Wyszła zrezygnowana, siadając do papierów, które zostawiła jej współpracownica. 
Po jakiejś godzinie, Moody wyszedł z pokoju i widząc jej minę odesłał ją do domu, sugerując, że straszy klientów.
Bez słowa spakowała swoje rzeczy. 
Nie chciała wracać do domu, bo wiedziała, że matka nie da jej spokoju pamiętając jej poranne zachowanie. Tym bardziej nie mogła iść do Syriusza, który za punkt honoru postawiłby sobie poprawienie jej humoru. Wymyśliła, że pójdzie na spacer do pana Robensa. Staruszek był jej bliską osobą. Nie miał na świecie nikogo, kto mógłby się nim zająć, a jego zdrowie nie należało już do najlepszych. 
Poznała go dwa lata temu, gdy jako uczennica Szkoły Aurorów pomagała ludziom w drobnych problemach. Zaczepił ją na korytarzu, prosząc o pomoc w ujęciu złodzieja, który ukradł mu sakiewkę galeonów, przeznaczonych na lekarstwa. Chcąc mu pomóc postawiła na nogi całe Biuro Aurorów. Moody był na nią wściekły, że zajmuje ich cenny czas na starca, ale ona wiedziała, że każdy człowiek ma takie samo prawo do uzyskania pomocy. W niecałą godzinę pieniądze znów były w rękach Robensa, a on by się jej odwdzięczyć upiekł pierniczki i zaprosił ją na kawę. Wtedy po raz pierwszy ujrzała, jak dużo dla tego pana znaczyły te pieniądze. Chatka w której mieszkał była zniszczona. Główne ciepło dawał w niej kuchenny piec, po za nim nie było tam nic, co mogłoby ją ogrzać. W izbie przy kuchni stało jedno rozkładane łóżko, fotel i regał z książkami. Oprócz tego była jeszcze niewielka łazienka zupełnie niedostosowana do potrzeb schorowanego człowieka. Nie wiedziała jak radzi on sobie w codziennym życiu. Gdy zapytała go, czemu nie używa on magii do polepszenia swoich warunków opowiedział jej historię, gdy jego różdżka została złamana przez jego brata, który z zazdrości znienawidził go. 
Tonks wiele razy słyszała o przypadkach, gdy czarodziej którego różdżka została złamana, nie mógł znaleźć następczyni. Było to tak, jakby magia wypierała się człowieka. Nikt nie potrafił znaleźć przyczyny takich sytuacji.
By pomóc mężczyźnie przez kilka następnych nocy szukała zaklęć z dziedzin domowych. One zupełnie nie były w zasięgu jej umiejętności. Dla niej były najtrudniejszymi. Mogła rzucać te obronne, służące do ataku, czy transmutacji, ale magia domowa nie była dla niej.
Na szczęście miała zdolną matkę, która widząc zaangażowanie córki pomogła jej je znaleźć jak i poprawnie rzucić. Pan Robens był niezwykle wdzięczny, i bardzo często zapraszał do siebie całą rodzinę Tonksów, a oni często spędzali z nim czas, by staruszek nie był sam.
Tym razem mężczyzna siedział na fotelu i przeglądał nowe wydanie książki o najpiękniejszych katedrach świata. W przeszłości lubił podróżować, niestety, obecny stan nie pozwalał mu kontynuować pasji. 
— Ta wygląda znajomo. Poczekaj chwilkę— wstał i podszedł do komody, by wyciągnąć z niej album.
Przewrócił kilka fotografii, gdy znalazł to, czego szukał. Ze zdjęcia machała do niej przepiękna kobieta o ciemnych włosach. Miała na sobie suknie ślubną, która połyskiwała milionem kryształków. Obok niej, w garniturze stał przystojny mężczyzna, który całował ją w policzek, powodując jej śmiech. Obrazek był bardzo stary, o czym świadczył jego kolor. Na odwrocie był napis "na zawsze, Annie".
— Widzisz, to właśnie ten kościół.— wskazał na budowlę.— Annie upierała się na ślub w Brazylii. Stamtąd pochodziła, a ja nie miałem serca jej odmówić. Zmarła pięć lat później na smoczą ospę.
Pokazał jej jeszcze kilka zdjęć, z czego na każdym oboje z żoną uśmiechali się do siebie, a w ich oczach widać było najszczerszą miłość. 
Zanim skończyli przeglądać album poczuła ciepło metalu na swojej skórze. Medalion promieniował blaskiem spod jej bluzy. Wyciągnęła go na boku, by mężczyzna tego nie zauważył. Na nim pojawiła się dzisiejsza data wraz z godziną spotkania. Nie miała ochoty widzieć dziś kolejny raz Alastora, ale nie miała wyjścia. Musiała się tam zjawić. Szybko pożegnała się z mężczyzną i w nieco lepszym już nastroju deportowała się pod znany adres.

                                                                     ***

Zebranie trwało już około pięciu minut, kiedy pojawiła się w salonie. Wiele osób zastanawiało się, co stało się kobiecie, gdyż jej włosy przybrały szary kolor, a na jej ustach nie było nawet śladu uśmiechu. To prawie nigdy nie miało miejsca. Kobieta zawsze zarażała wszystkich pozytywną energią, która w tych coraz gorszych czasach była zbawienna, a teraz czuć było niemal namacalny smutek. Tylko Alastor patrzył przed siebie, wiedząc, co spowodowało parszywy humor Nimfadory,. Miał swoje powody by wysyłać Maryse na misje. Nie mógł pozwolić, by choćby przypadkiem tajemnice Zakonu wyszły poza krąg zainteresowanych.
Black obserwował ją, w myślach próbując zgadnąć co mogło się stać. Ułożył sobie plan rozmowy, jednak postanowił zrealizować go dopiero kolejnego dnia, nie chcąc się narażać.
                                                              


_______________________________________________________________________________
Cześć, mam nadzieje, że i ten rozdział przypadnie wam do gustu :D

Edit:Zarówno pierwszy jak i ten post są poprawione. Błędów zarówno interpunkcyjnych jak i logicznych było tutaj bardzo, bardzo dużo. A akcja jak widzę szła z prędkością światła. Teraz już jest lepiej, może nie idealnie, ale jednak widać różnicę. Standardowo, proszę, dajcie znać, jak wyłapiecie błąd :)
Pozdrawiam
Maga 

21.02.2013

Rozdział I


Dzień był dziś wyjątkowo wietrzny, a niebo, jak przystało na londyńską pogodę, było zachmurzone. 
Wszyscy się śpieszyli: do pracy, do szkoły, na spotkanie... nikt nie podejrzewał, że gdzieś pod ziemią znajduje się wielkie ministerstwo. Ministerstwo Magii. Tak, tej sztuki sił nadprzyrodzonych, którą można było opanować za pomocą zaklęć,eliksirów a nawet samych gestów. Oczywiście nie każdy posiadał tę moc, jak i nie każdy umiał ją opanować. Społeczność czarodziei była tak ogromna, że wymagała czegoś, co pomoże w jej organizacji, czy też ochronie.

Dlatego właśnie istniało ministerstwo podzielone na departamenty. 
Aurorzy zajmowali się ściganiem czarnoksiężników, szukaniem zaginionych. Można powiedzieć, że byli policją w ich świecie. Ale pracownicy wiedzieli, że ich praca to przede wszystkim wypełnianie raportów. Tego dnia najwięcej pracy pisemnej trafiło się młodej aurorce Nimfadorze Tonks. Nie dość, że jako jedna z najmłodszych nie była brana do najważniejszych misji, to była też niezorganizowana więc nikogo nie dziwiło, że jej raporty składają się głównie z zaległości.
— Nimfadora, na Merlina! zaczął krzyczeć szef jej grupy, Alastor Moody, starszy człowiek, którego oko ucierpiało w jednej z walk. Gdzie raport o Bellatrix Lestrange?!
— Panie Moody, chwilka! Gdzieś go tu widziałam— odpowiedziała Tonks, zrzucając z biurka milion dokumentów
Jej włosy przybrały kolor wściekłej czerwieni, a policzki pokryły się rumieńcem. Była to jej wrodzona zdolność, która zdarzała się bardzo rzadko - metamorfomagia.
Alastor za pomocą szklanego oka ujrzał papier zaraz pod biurkiem. Pochwycił go w dłoń, patrząc na nią z politowaniem.
— Wydajesz się być inteligentną osobą, ale przez twoją organizację, a raczej jej brak, ciężko będzie ci coś osiągnąć— skomentował.
— Jestem pewna, że to nie pana zmartwienie.
— W dodatku masz niewyparzony język. Jedna z osób w tym biurze doniosła mi o twoich wątpliwościach dotyczących Sama- Wiesz- Kogo. Powiedz, zależy ci na tej pracy?
Nie było tajemnicą, że Ministerstwo Magii nie wierzy w powrót Voldemorta. Byłoby to plamą na honorze ministra.
— Przepraszam, to więcej się nie powtórzy— zapewniła, w głowie szukając, kto mógłby okazać się kapusiem. 
— Spotkajmy się w Świńskim, dziś o wpół do czwartej. Mam nadzieję, że nie będę musiał czekać. I radzę ci się tam zjawić, jeżeli zależy ci na byciu aurorem.
Kobieta kiwnęła głową, ale starszy mężczyzna zdążył już wyjść, głośno zamykając drzwi. Odetchnęła z ulgą, zaraz potem przypomniała sobie o co prosił ją auror. Nie miała pojęcia czego może on od niej chcieć. 
Wzięła głęboki oddech i dalej myśląc o tej dziwnej sytuacji powróciła do wypełniania papierów.



***

Wyszła z pracy dosyć późno, więc ledwo zdążyła wejść do domu i przebrać się w wygodne ubrania.  Mówiąc, że wstawiła się w gospodzie lekko spóźniona byłoby sporym niedopowiedzeniem. 
Obskurny bar straszył już z zewnątrz,jednak gdy weszła do środka była zszokowana. Brązowe ściany, kiedyś pokryte tapetą teraz były odrapane. Dębowe stoliki z milionem plam nie zachęcały do położenia na nich choćby szklanki, nie mówiąc nawet o jakimkolwiek jedzeniu. Było dość ciemno, bo tylko gdzieniegdzie świeciły małe pochodnie. Mimo tego przerażającego wystroju znalazło się parę osób siedzących przy barze. Przy ostatnim stoliku w sali siedział Moody. 
Gdy tylko ją zobaczył zerwał się z krzesła i podszedł do niej kulejąc.
— Kto wygrał decydujący mecz z Revenclawem w 5 klasie?— warknął.
— Oczywiście, że Huffelpuff-odpowiedziała przerażona jego nerwową reakcją.
— Ugh... Znowu spóźniona! Nawet mogłem nie sprawdzać czy to ty. Żaden szanujący się szpieg nie przyszedłby na spotkanie z godzinnym opóźnieniem.
— Wybacz, szefie, nie moja wina, że połowa mojej pracy to głupie raporty, których i tak nikt nie czyta!
— Nieistotne. Muszę zadać ci jedno pytanie.
— Chciałeś powiedzieć drugie—wyrzuciła.
Alastor skrzywił się, w myślach przeklinając cały ten pomysł.
— Wierzysz w powrót Czarnego Pana?
— Pyta pan jako osoba z ministerstwa?— zapytała, jednak widząc jego wzrok zwątpiła.— Tak, choć ze względu na ministerstwo nie powinnam.
— Znasz Weasleyów, co nie? Zdaje się, że twój kolega Bill jutro po ciebie wpadnie.
— W jakim celu? Nie widzieliśmy się od szkoły, więc...
— Potrzebujemy cię w Zakonie Feniksa- przerwał jej szeptem.
—Zakonu czego?! Inne nazwy były zajęte, czy coś?
—Na Merlina, Tonks! Ciszej. Zakonu Feniksa, tajne zgromadzenie. Przecież ta nazwa istniała zanim się nawet urodziłaś. Widzę, że uczennicą byłaś raczej mierną. Więcej dowiesz się niebawem. Oczywiście nie muszę mówić, że ta rozmowa zostaje między nami? 

***

Tonks po powrocie do domu przeglądała stare albumy pijąc kubek ciepłej herbaty z imbirem.. Nazwa organizacji coś jej przypominała, jednak nie mogła skojarzyć co.
-Wydaje mi się ze Syriusz Black do tego należał-odpowiedziała jej matka, zjawiając się znikąd,
-Słucham?
-Myślałaś na głos, Nimfadoro-wytłumaczyła Andromeda.-Jeśli naprawdę chcesz to zrobić, to pamiętaj, że to nie jest zabawa. Voldemort jest potężny, nawet jeżeli będzie osłabiony może z łatwością zabić. W tamtych czasach...  nie musiał się zjawiać by ginęły niewinne osoby.  Razem z ojcem zawsze będziemy cię wspierać, ale przemyśl to dobrze.
Dora przytuliła matkę, w duchu karcąc się. Miała przecież nikomu nie wspominać, niezależnie od relacji. 
Zasnęła przy kominku słuchając kolejnych opowieści matki.

***

Siedziała przy biurku pijąc kolejną kawę. Myślami starała się przesuwać wskazówki, by pokazały godzinę o której miał zjawić się po nią Bill. Alastor raz po raz przechodził się po biurze sprawdzając pracowników. Nie omieszkał zwrócić kilkukrotnie uwagi Tonks, na biurku której zamiast ubywać, pracy przybywało. W końcu nie mogąc już wytrzymać kazał jej już iść na spotkanie. I tak była  teraz nieprzydatna.

W miejscu w którym kazał jej czekać Moody nie było niczego. Zewsząd otaczał ją park, w którym nie mogła znaleźć nawet ławki. Dlatego też widząc rudzielca była szczęśliwa jak nigdy. Nie należała do cierpliwych osób, a czas dłużył się jej dziś jak nigdy.
— Cześć Dora, dawno się nie widzieliśmy— zaczął.— Jak tam praca?
— Mogłoby być lepiej, jednak wydaje mi się, że nasze spotkanie nie ma na celu miłej pogawędki? 
Bill popatrzył na nią zmieszany. Ze szkoły pamiętał ją jako miłą puchonkę.
— Jasne, weź to i zapamiętaj.
Pochwyciła od niego karteczkę i przeczytała:

KWATERA GŁÓWNA ZAKONU FENIKSA

Londyn, Grimmauld Place 12


— Już— oddała mu kartkę, a ten ją spalił.
Mężczyzna niespodziewanie chwycił jej rękę i deportowali się wprost przed wielki blok. Nie było tam nic specjalnego. Wielki ciąg mieszkań zaraz przy głównej ulicy.
— Teraz powtórz to w myślach— wydał polecenie.
Spełniła rozkaz, a przed nimi, pomiędzy blokami z  numerami 11 i 13 znikąd pojawił się budynek. Dwunastka.
Wskazał jej ręką, by weszła do środka. Zaraz po wejściu przywitał ich ojciec rudowłosych dzieci, Artur Weasley, którego znała z korytarzy ministerstwa.
— O! Panna Nimfadora. Dzień dobry!— powitał radośnie mężczyzna, ściskając jej rękę.
— Dzień dobry— odpowiedziała z  uśmiechem, krzywiąc się nieznacznie na jej imię.
— Wejdźcie. Nimfadoro prosto i w lewo. Tylko błagam, cicho, mamy pewien problem.
Przed sobą miała sporych rozmiarów salon, w którym zobaczyła kilkanaście osób w różnym wieku. Byli obecni nauczyciele Hogwartu, osoby które kojarzyła z pracy, ale też pojawiło się kilkoro mężczyzn, których widziała pierwszy raz.
Ledwie siadła, gdy rozbrzmiał głos:
— Witam was wszystkich! Nazywam się Remus Lupin, większość z was mnie zna, ale mamy tu też nowe nabytki-uśmiechnął się rozglądając się po tłumie. Należę tutaj od samego początku, a nawet od pierwszego zgromadzenia.
Uważnie nakreślił im cele i zasady rządzące Zakonem, a także przbliżył im jego historię.
— Na początek przedstawcie się. Zacznijmy może od ciebie— wskazał na drobną blondynkę siedzącą w kącie sali.
— Jestem Emelita Vaen, pracuję w szpitalu jako uzdrowiciel.
— Hestia Jones, auror.
— I teraz może ty.wskazał na Dorę.
— Tonks, auror— odpowiedziała krótko.
— Bez imienia?— spytał nieco rozbawiony
— Ma na imię Nimfadora, ale jeśli chcesz żyć, nie radzę wymawiać jej imienia— odezwał się Kingsley, serdeczny przyjaciel Alastora i prawa ręka ministra.
— Gdyby tak było, już dawno straciłbyś głowę.
Kilka osób roześmiało się, lustrując ją wzrokiem.
—Podejdź Tonks— poprosił Remus.— Będziesz pierwsza.
Nimfadoro, podaj Remusowi swoją różdżkę. Musisz złożyć przysięgę— objaśnił pan Weasley Czy przysięgasz służyć Zakonowi Feniksa i być wierną jego zasadom?
— Tak, przysięgam.
— Dobrze, a teraz wpisz się na listę.
— Teraz otrzymasz małe błyskotki— Alastor sięgnął po kule.Medalion.Wystarczy wypowiedzieć imię i nazwisko osoby z którą chcesz porozmawiać a zobaczysz ją na tafli lustra, jeśli ona oczywiście też je ma. Noś je zawsze przy sobie, ale nie nadużywaj go. Może uratować ci życie, a co jakiś czas pojawi się także na nim data następnego spotkania. Jeśli nie będziesz mogła przybyć, stuknij w niego trzy razy różdżką.
— To już wszystko?
— Mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę. Remusie, zaprowadzisz ją?
— Oczywiście.

***

Weszli po starych schodach na piąte piętro. Dom był obskurny i pomijając kuchnię oraz kilka pokoi był też okropnie brudny. Gdy dotarli na miejsce, Lupin otworzył drzwi.
— Dawno cię nie widziałem.— powiedział głos, który tak dobrze znała.
— Syriuszu!-—zawołała i nim zdążyła pomyśleć, przytuliła go.— Tak długo cię nie widziałam! Coś ty najlepszego zrobił, dlaczego się tu chowasz?
— Dałem radę dementorom, a udusi mnie moja mała Dorka.
— Oj, przepraszam, nie chciałam.
— Jesteś taka dzielna. Jestem z ciebie dumny. Czy Andy nie miała nic przeciwko? Raczej nigdy nas nie popierała. Zawsze twierdziła, że to zbyt lekkomyślne, oddawać się śmierci. 
— Mama mnie wspiera. Gdyby tylko wiedziała, że żyjesz i jesteś tak blisko...
— Raczej nie chciałaby mieć kontaktu z kryminalistą i jego przyjacielem wilkołakiem. Tym bardziej zaskakuje mnie twoja obecność.
— Wilkołakiem? O czym ty mówisz?
—Syriusz!— warknął Remus.
Black spojrzał na niego nie wzruszony.
— Ona jest w Zakonie, ma prawo wiedzieć.
Lupina zdziwiło zachowanie dziewczyny. Zazwyczaj ludzie reagowali na tę wiadomość dość gwałtownie, ona jednak stała prawie niewzruszona. Nawet nie odsunęła się od niego.
Nie do końca była to prawda. Tonks martwiła się, ale nie tym że może ją ugryźć. Nie, ona martwiła się o niego. Wiedziała jak ludzie reagują na likantropię i nie sądziła, żeby z Lupinem było inaczej. Odtrącenie przez ludzi musiało boleć. Było jej wstyd za społeczeństwo, które zamiast wspierać chorych wolało ich osądzać i odrzucać. Podziwiała tego mężczyznę za odwagę, z którą codziennie stawiał ludziom czoła. 


_______________________________________________________________________________

Witajcie! Pierwszy rozdział za nami! 


EDIT: Jak może zauważyliście, nazwa opowiadania i link zmieniły się, a rozdział został poprawiony. Mam nadzieję, że mój warsztat poprawił się przez te kilka lat. Korekcji ulegną też pozostałe rozdziały, jednak nie mam pojęcia, kiedy to nastąpi. Raczej nie spodziewajcie się nowego rozdziału. Przynajmniej narazie. :)  W przyszłym czasie zmieni się też wygląd bloga. Gdyby ktokolwiek zastanawiał się co to za blog, to jest to stary "Topin".  Jeżeli są jakieś błędy proszę o informację w komentarzu, poprawię, obiecuję.
Byłam szczerze zdziwiona, kiedy zerknęłam w statystyki. Dlatego serdecznie pozdrawiam nowych gości, jak i tych, którzy mnie już znają. :)
Miłego dnia!
Maga