24.02.2013

Rozdział II

Dni mijały, a Nimfadora coraz lepiej radziła sobie w pracy. Dzięki radom Blacka i Lupina powoli zaczynała radzić sobie z organizacją czasu. Zaległe raporty nikły w oczach, a nowe starała się uzupełniać na bieżąco. Ucieszyła się też, gdy do jej grupy przydzielono nową aurorkę, która nieco odciążyła ją z nudnej pracy. Dora niemal od razu znalazła nić porozumienia z Maryse, przez co wzajemnie sobie pomagały. Sugerowała Alastorowi, że dobrze byłoby wdrążyć kobietę w szeregi Zakonu, jednak nie ufał on młodej pracownicy.
Prywatne życie Tonks także miało się świetnie, poznała mnóstwo osób, a dzięki łatwości w nawiązywaniu kontaktów, zyskała nowych przyjaciół.  Syriusz i Remus chętnie pomagali jej w pracy, ciesząc się, że mogą spełniać z nią wiele czasu. Jej obecność miała dobry wpływ na Blacka, który dzięki jej towarzystwu nie tęsknił za światem zewnętrznym. Odczuwał on samotność przede wszystkim wtedy, kiedy Remus musiał wyjechać w celu zbadania nowych faktów dotyczących Voldemorta. Cieszył się jednak, że chociaż może porozmawiać z siostrzenicą.
Lupin był wdzięczny dziewczynie, że z jej pomocą Syriusz nie cierpi sam w domu. Chciał spędzać z nim cały swój czas, ale nie było dnia, gdzie nie miał by rąk pełnych pracy. Sporządzanie list osób będących w kręgu Czarnego Pana, czy szukanie nowych sprzymierzeńców Zakonu zabierały mu cały czas. Jedyne wolne chwile zdarzały się podczas pełni, kiedy zmieniał się w potwora. Wtedy to on potrzebował wsparcia. Z biegiem lat wcale nie było mu łatwiej, jedynym ratunkiem był eliksir tojadowy, przyrządzany przez Snape'a, który ani myślał zużywać składników za darmo. Dlatego Lupin musiał pracować dwa razy ciężej. W ciągu dnia dla organizacji, a wieczorami tłumaczył opowiadania dla małych wydawnictw, które dopiero startowały na rynku. Starsze nie chciały mieć wilkołaka w swoich szeregach i nie liczyły się nawet jego umiejętności. Czasem dostawał posadę korepetytora, lecz nie miał wielu uczniów. Ci, których rodzice zdecydowali się na jego pomoc byli leniwi, lecz bardzo inteligentni i z łatwością przyswajali coraz to nowsze zaklęcia. Wystarczyła odpowiednia metoda i podejście.
***
Lupin pisał właśnie o nowym działaniu przy zachodniej granicy, gdy usłyszał przerażający krzyk, który z szybkością światła wyrzucał z siebie coraz to wymyślniejsze przekleństwa.
  Zbiegł szybko na dół, gdzie zobaczył leżącą na zakurzonym dywanie Tonks. To jednak nie ona krzyczała, a magiczny obraz grubej matki Blacka.
Walburga Black była kobietą wredną, niezwykle podobną do swojej bratanicy Belli. Za życia potrafiła mordować z zimną krwią, a po własnej śmierci zatruwała życie mieszkańcom i gościom domu. Sam Syriusz chętnie ściągnąłby tę potworność ze ściany, ale był on przyczepiony za pomocą bardzo dobrze rzuconego zaklęcia.
 Jedynym sposobem na uspokojenie pani Black, było zasunięcie na płótno grubej, welurowej kotary, co bezzwłocznie uczynili.
— Widzę, że poznałaś moją mamusię... rozkosznie urocza kobieta— wypluł z jadem Syriusz.Chodź zrobię coś do jedzenia, bo zapewne jak zwykle nie zjadłaś lunchu...
Zaskakiwało ją, jak szybko przyswajał informacje o jej życiu, zachowaniu, nawykach. Po tygodniu potrafił powiedzieć o niej więcej, niż niejeden jej znajomy, który znał ją znacznie dłużej.
— A ty w tym czasie pomożesz wynieść to coś... gdziekolwiekwskazał na papiery, które ze sobą przyniosła.— Tylko psują wystrój, prawda?
Black nigdy nie przejmował się bałaganem, ale papiery były dla niego oznaką życia, które go omija.
Przypominało mu biura, miasta, ruch, coś z czym od dawna nie miał styczności.

                                                                    ***

Remus chętnie pomógł kobiecie w przenoszeniu i segregacji dokumentów. Rozmawiali przy tym o nowej uzdrowicielce w Świętym Mungu i jej nietypowych metodach leczenia.
— Nie życzę jej źle, ale wydaje mi się, że nie zagrzeje tam długo miejsca. Co to jest za rada, żeby częściej wyjeżdzać w góry, jeżeli właśnie oberwało się źle rzuconym zaklęciem— skomentowała Tonks.
Wchodząc po schodach potknęła się, a Lupin złapał jej ramię, i pomógł utrzymać równowagę.  Podziękowała mu i szybko zebrała rozrzucone papiery wciąż czując jego dotyk na ręce.
Mężczyzna z uśmiechem pomógł jej ogarnąć papiery i zaklęciem zabrał je na biurko.
— Czarownica— skomentował, uśmiechając się złośliwie.
— Nic nie mów.
W ciszy dokończyli organizacje, a potem zeszli do kuchni, gdzie Syriusz przygotował dla nich zapiekankę.
— Co tam się dzieje, w tym wielkim świecie?— zapytał Black.
— Od kilku dni mamy w biurze nową stażystkę, nawet dobrze sobie radzi, choć Moody raczej jej nie ufa.
— A czy ten staruszek ufa komukolwiek?— zaśmiał się.
— Nie mam pojęcia, ale wierzę, że ma ku temu powody. Szczerze mówiąc, Maryse na początku wydawała mi się dziwna, ale teraz, na Merlina, uwielbiam tę dziewczynę. Musicie ją kiedyś poznać.
— Nie chcę ostudzać twojego zapału, ale myślę, że najlepiej będzie, gdy na razie pozostanie nieświadoma. Wiesz, gdyby jednak, jakimś sposobem Alastor miał rację, lepiej nie pakować się w niepotrzebne kłopoty— powiedział Lupin, tym samym wyczerpując temat.


                                                                     ***
Mówiąc, że była wściekła to mało powiedziane. Gdy z samego rana doszła do niej informacja o awansie Maryse była w wielkim szoku i nie mogła w nią uwierzyć. Dziewczyna, która pracowała z nią raptem kilka dni, została wysłana na misje poszukiwania jednego z najważniejszych świadków, podczas gdy ona od ponad roku siedziała tylko w biurze nad papierami. Zamierzała rozmówić się z szefem jak najszybciej, jednak gdy tylko weszła do jego gabinetu, straciła pewność siebie i zamiast krzyczeć, zapytała:
— Dlaczego?
— Jest lepsza, po prostu— odparł, doskonale przeczuwając, że przyjdzie do niego.
Wyszła zrezygnowana, siadając do papierów, które zostawiła jej współpracownica. 
Po jakiejś godzinie, Moody wyszedł z pokoju i widząc jej minę odesłał ją do domu, sugerując, że straszy klientów.
Bez słowa spakowała swoje rzeczy. 
Nie chciała wracać do domu, bo wiedziała, że matka nie da jej spokoju pamiętając jej poranne zachowanie. Tym bardziej nie mogła iść do Syriusza, który za punkt honoru postawiłby sobie poprawienie jej humoru. Wymyśliła, że pójdzie na spacer do pana Robensa. Staruszek był jej bliską osobą. Nie miał na świecie nikogo, kto mógłby się nim zająć, a jego zdrowie nie należało już do najlepszych. 
Poznała go dwa lata temu, gdy jako uczennica Szkoły Aurorów pomagała ludziom w drobnych problemach. Zaczepił ją na korytarzu, prosząc o pomoc w ujęciu złodzieja, który ukradł mu sakiewkę galeonów, przeznaczonych na lekarstwa. Chcąc mu pomóc postawiła na nogi całe Biuro Aurorów. Moody był na nią wściekły, że zajmuje ich cenny czas na starca, ale ona wiedziała, że każdy człowiek ma takie samo prawo do uzyskania pomocy. W niecałą godzinę pieniądze znów były w rękach Robensa, a on by się jej odwdzięczyć upiekł pierniczki i zaprosił ją na kawę. Wtedy po raz pierwszy ujrzała, jak dużo dla tego pana znaczyły te pieniądze. Chatka w której mieszkał była zniszczona. Główne ciepło dawał w niej kuchenny piec, po za nim nie było tam nic, co mogłoby ją ogrzać. W izbie przy kuchni stało jedno rozkładane łóżko, fotel i regał z książkami. Oprócz tego była jeszcze niewielka łazienka zupełnie niedostosowana do potrzeb schorowanego człowieka. Nie wiedziała jak radzi on sobie w codziennym życiu. Gdy zapytała go, czemu nie używa on magii do polepszenia swoich warunków opowiedział jej historię, gdy jego różdżka została złamana przez jego brata, który z zazdrości znienawidził go. 
Tonks wiele razy słyszała o przypadkach, gdy czarodziej którego różdżka została złamana, nie mógł znaleźć następczyni. Było to tak, jakby magia wypierała się człowieka. Nikt nie potrafił znaleźć przyczyny takich sytuacji.
By pomóc mężczyźnie przez kilka następnych nocy szukała zaklęć z dziedzin domowych. One zupełnie nie były w zasięgu jej umiejętności. Dla niej były najtrudniejszymi. Mogła rzucać te obronne, służące do ataku, czy transmutacji, ale magia domowa nie była dla niej.
Na szczęście miała zdolną matkę, która widząc zaangażowanie córki pomogła jej je znaleźć jak i poprawnie rzucić. Pan Robens był niezwykle wdzięczny, i bardzo często zapraszał do siebie całą rodzinę Tonksów, a oni często spędzali z nim czas, by staruszek nie był sam.
Tym razem mężczyzna siedział na fotelu i przeglądał nowe wydanie książki o najpiękniejszych katedrach świata. W przeszłości lubił podróżować, niestety, obecny stan nie pozwalał mu kontynuować pasji. 
— Ta wygląda znajomo. Poczekaj chwilkę— wstał i podszedł do komody, by wyciągnąć z niej album.
Przewrócił kilka fotografii, gdy znalazł to, czego szukał. Ze zdjęcia machała do niej przepiękna kobieta o ciemnych włosach. Miała na sobie suknie ślubną, która połyskiwała milionem kryształków. Obok niej, w garniturze stał przystojny mężczyzna, który całował ją w policzek, powodując jej śmiech. Obrazek był bardzo stary, o czym świadczył jego kolor. Na odwrocie był napis "na zawsze, Annie".
— Widzisz, to właśnie ten kościół.— wskazał na budowlę.— Annie upierała się na ślub w Brazylii. Stamtąd pochodziła, a ja nie miałem serca jej odmówić. Zmarła pięć lat później na smoczą ospę.
Pokazał jej jeszcze kilka zdjęć, z czego na każdym oboje z żoną uśmiechali się do siebie, a w ich oczach widać było najszczerszą miłość. 
Zanim skończyli przeglądać album poczuła ciepło metalu na swojej skórze. Medalion promieniował blaskiem spod jej bluzy. Wyciągnęła go na boku, by mężczyzna tego nie zauważył. Na nim pojawiła się dzisiejsza data wraz z godziną spotkania. Nie miała ochoty widzieć dziś kolejny raz Alastora, ale nie miała wyjścia. Musiała się tam zjawić. Szybko pożegnała się z mężczyzną i w nieco lepszym już nastroju deportowała się pod znany adres.

                                                                     ***

Zebranie trwało już około pięciu minut, kiedy pojawiła się w salonie. Wiele osób zastanawiało się, co stało się kobiecie, gdyż jej włosy przybrały szary kolor, a na jej ustach nie było nawet śladu uśmiechu. To prawie nigdy nie miało miejsca. Kobieta zawsze zarażała wszystkich pozytywną energią, która w tych coraz gorszych czasach była zbawienna, a teraz czuć było niemal namacalny smutek. Tylko Alastor patrzył przed siebie, wiedząc, co spowodowało parszywy humor Nimfadory,. Miał swoje powody by wysyłać Maryse na misje. Nie mógł pozwolić, by choćby przypadkiem tajemnice Zakonu wyszły poza krąg zainteresowanych.
Black obserwował ją, w myślach próbując zgadnąć co mogło się stać. Ułożył sobie plan rozmowy, jednak postanowił zrealizować go dopiero kolejnego dnia, nie chcąc się narażać.
                                                              


_______________________________________________________________________________
Cześć, mam nadzieje, że i ten rozdział przypadnie wam do gustu :D

Edit:Zarówno pierwszy jak i ten post są poprawione. Błędów zarówno interpunkcyjnych jak i logicznych było tutaj bardzo, bardzo dużo. A akcja jak widzę szła z prędkością światła. Teraz już jest lepiej, może nie idealnie, ale jednak widać różnicę. Standardowo, proszę, dajcie znać, jak wyłapiecie błąd :)
Pozdrawiam
Maga 

6 komentarzy:

  1. Świetny rozdział, następny rozdział chciałabym jutro xD , ale to twoja decyzja. Życzę dużo weny

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział nieziemski *.*
    Po co pytasz ? Najlepiej jakbyś dodała jeszcze dziś ;D
    Nie no ma jednak nadzieję, że nie będziesz nam kazała tak długo czekać.;3
    Pozdrawiam i weny życzę
    Hermionija <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział super! :)
    Te uniki po zbliżeniach są bardzo popularne ;p
    Ale nie na blogach tylko wśród moich znajomych, więc świetnie z tym trafiłaś ;)
    No ale w końcu przecież muszą o tym porozmawiać ;)
    Czuję, że Syriusz będzie miał jakiś wpływ na to ;p
    Dodawaj nowość jak najszybciej!
    Pozdrawiam gorąco! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. spoko bylo tylko szybko, za szybko sie to dzialo. powinnas to trooche rozwinac ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Już pocałunek? Moim zdaniem zabrakło "podchodów" :)
    Wolałabym również, aby to Lupin wykonał pierwszy krok :)
    Rozdział niezły, pozdrawiam i weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
  6. Twój blog jest super, tylko mam kilka "ale"...

    1. Interpunkcja. Gdyby nie to, czytało by się lepiej i przejrzyście.
    2. Ortografia.
    Przepraszam, że pierwszy komentarz i wytykam błędy.
    No i jeszcze jedno ale...
    Pocałunek Dorci i Lupina. W ogóle nie okazywali sobie uczuć, nie było miłosnych podchodów ani nic... Gdyby nie to byłby to jeden z moich ulubionych blogów. :(

    Pozdrawiam i życzę weny twórczej.

    OdpowiedzUsuń